talk to me softly there's something in your eyes don't hang your head in sorrow and please don't cry

Powinno być to coś subtelnego, ale jednocześnie wyrazistego. Nie wulgarnego, czy narzucające swoje zdanie, jednak ukazanie świata z perspektywy bohatera tak, aby czytelnik mógł w pełni przyznać mu rację w postępowaniu, w myśleniu. Nie da się w pełni nie przekazać głównemu bohaterowi własnych cech, przynajmniej na początku pisarskiej drogi. Aczkolwiek będę starała się tego unikać, bynajmniej nie zamierzam przekazywać Wam moich myśli.

piątek, 16 maja 2014

And now my bitter hands chafe beneath the clouds

  Kąciki ust unosiły się i opadały, a nozdrza, co chwila wypuszczały dwutlenek węgla szybciej niż zazwyczaj. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
  Odwróciłam się za lewym ramieniem, aby przejść kilka kroków i usiąść na jednej z kamiennych ławek. Kątem oka dostrzegłam, że Blaise nie ruszył się z miejsca. Powietrze stało w miejscu, nagle moje samopoczucie polepszyło się.
  - Czy to ja? – zapytał lekko zdezorientowany, siadając obok.
  - Tak.
  I stała się rzecz, której nie mogłam się spodziewać, a poruszyła moje serce ponownie tego dnia. Chłopak zaśmiał się tak, jakby był to śmiech niezwykle niewymuszony.
  - Przepraszam – powiedziałam po chwili, choć ton mojego głosu wcale nie wskazywał na to, aby było mi przykro.
  Patrzył przed siebie, długie kosmyki włosów wpadały w jego oczy. Od mrozu policzki zaczerwieniły się, przez co skóra jego wydawała się jeszcze bledsza tym samym powodując optycznie przyciemnienie jego włosów.
  - Wydajesz się skołowany – wyrwało mi się. I choć powiedziałam to cicho, on od razu odwrócił głowę, patrząc na mnie.
  - Dziwisz się? – zapytał miękko, a mnie mimo to ciarki przeszły po plecach. Choć mógł to być także wynik mroźnego powietrza. Znów nie patrzył na mnie – Trochę się pogubiłem. Nie bardzo już wiem, co powinienem powiedzieć i jak się zachować.
  - Nie czujesz się swobodnie przy rozmowie ze mną?
  Zaprzeczył ruchem głowy.
  - Nie to miałem na myśli.
  Mimo przypuszczeń, świat wokół nas wcale się nie zatrzymał. Co chwila nadjeżdżał kolejny czerwony tramwaj zamiennie z samochodami różnych marek, mijali nas ludzie w każdym wieku. Nawet wiatr nas nie oszczędzał, bawił się moimi włosami, rzucając je co jakiś czas na twarz.
  Poczułam się o jakby czas cofnął się nagle kilka lat wstecz. W myślach widziałam siebie idącą pewnym, choć niekoniecznie szybkim, krokiem przed siebie. Wiatr tamtej zimy nie różnił się wiele od innych. A mimo to był jedyny, wyjątkowy. Prawie że czułam jak włosy opadają mi za ramiona, jak ściskam w dłoni ulepioną śnieżną kulkę. Moich uszu prawie dobiegło wołanie Christie-Marie.
  Uniosłam wzrok. Drzwi tramwaju otworzyły się. Ukazały nam się postacie dwójki dzieci. Ich ciałka opatulone były grubą warstwą swetrów i kurtek, a główki chroniły puchate czapki, z których to wystawały o wyrazistym kolorze włosy. Śmiały się, ich twarzyczki aż nakazywały przechodniom iść za ich przykładem. Moje usta wykrzywiły się w nostalgiczny uśmiech.
  - Czuję ich śmiech, więc... dlaczego usycham?
  Chryste, czy większość jego wypowiedzi musiała nieść ze sobą namiastkę cierpienia? Z każdym razem wzrastała we mnie chęć objęcia go mocno wraz z wyszeptaniem kilku słów pociechy. Od Blaisa biła duma. To przez nią hamowałam większość moich naturalnych gestów. Nie odważyłam się.
  - Dzieci są w porządku – odparłam zamiast tego.
  - Są idealne – dodał.
  Dwójka dzieci zniknęła nam z pola widzenia, ich śmiech rozpływał się, niosąc swe ciepło kolejnym ludziom.
  - Są nieświadome zła - kontynuował - Dlatego są tak beztroskie. I gardzę każdym, kto im w tym przeszkodzi.
  - Blaise – wypowiedziałam niepewnie jego imię.
  Spojrzał na mnie i słowami nie jestem w stanie wytłumaczyć, dlaczego uznałam to spojrzenie za najpiękniejsze, jakim mnie do tej pory obdarował.
  - Dlaczego nie zapalisz?
  - Nie przywykłem do palenia w towarzystwie osób czystych – odpowiedział z uśmiechem. Musiał uświadomić sobie, że był przeze mnie obserwowany.
  - Bez tego wyglądasz jakby czegoś ci brakowało.
  - Nie uznałbym tego za komplement.
  Mimo to wyjął z kieszeni zapalniczkę i podpalił tytoń, tkwiący w jego ustach. Zaciągnął się wyjątkowo mocno. Odetchnął głęboko, delikatnie odchylając głowę do tyłu. Papieros paradoksalnie sprawiał wrażenie jego lekarstwa. Jakby od tego jego płuca działały sprawniej, on sam czuł się mocniejszy.
  Kilka równie mocnych powtórzeń.
  Zwolnienie tempa.
  - A teraz mi powiedz. Co, dlaczego nagle zawróciłeś?
  Pewnie pokręcił głową kilka razy. Nie tym razem.

  Idź, idź.
  A on pobędzie sam. Zbyt duży nacisk. On nie jest przeznaczony dla ludzi.
  Kostki jego dłoni posiniały, tak mocno ściskał krawędź ławki. Niebo nabrało ciemnoniebieskiej barwy, a z doświadczenia wiedział, że niedługo stanie się zupełnie ciemne. Pomarańczowe światło latarni lało się na jezdnię tak samo. To te same latarnie. I to samo światło. Nawet mógł przypuszczać, że te same auta zjawiły się tu ponownie.
  Praca szła mu mozolnie. Co chwila zmieniał kurs, nie był pewien, czy właściwie tego chce.
  - Chciałbyś już. Wykluczasz początek, to niepoważne. Wmawiasz sobie, że jeśli coś powinno być, to stanie przed tobą w nieskazitelnej formie bez jakiejkolwiek potrzeby włożenia w to wysiłku.
  Mówił Kasper.
  Daniel uznałby, że Blaise najzwyczajniej nie pogodził się z istnieniem swojej własnej osoby.
  Szatyn bezdźwięcznie przyznał rację obojgu.
  Siedział wtedy przemarznięty na kamiennej ławce, czując się przeraźliwie samotnie. W środku wiał u niego wicher, nie było nikogo. Chyba się uśmiechnął. Bardzo mu to odpowiadało. Zaczynał rozumieć, co się dzieje.
  ‘‘Blaise, ty cholerny egoisto.’’
  Szepnął do siebie. Zadziwiające, bo wiedział o tym już od dawna. Dopiero tamtej nocy zdał sobie z tego sprawę.
  Że nie wyczuwa u siebie zdolności przekazywania uczuć drugiej personie. Że każdy kolejny człowiek jest dla niego jedynie potwierdzeniem, żeby tylko potwierdzeniem, to stawało się już aprobatą dla jego teorii. Nie potrafił się przemóc.

  Dnia dwudziestego piątego grudnia roku dziewięćdziesiątego trzeciego postanowił zamarznąć.









Zobowiązuję się do zakupu ulubionej trucizny pod koniec lutego dla tego, kto jest w stanie zrozumieć drugą część rozdziału. Czytając takie fragmenty można nabrać wrażenia, że celowo wszystko zaszyfrowuję, aby nikt się nie domyślił. Wybaczcie. Fragment Blaisa miał być rozwinięty o wiele bardziej, jednak diametralnie zmienił mi się nastrój, wyszłoby nieco żałośnie. Poczułam wenę od tak długiego czasu, że wierzę w cuda, niech się więc dzieją.

1 komentarz:

  1. UGHHHHHHHHH. NIE DODAŁO MOJEGO KOMENTARZA. JESTEM WŚCIEKŁA ;-;
    dobra, czas się ogarnąć.
    obawiam się, że tego też nie doda. pierdolony blogger.
    "I stała się rzecz, której nie mogłam się spodziewać, a poruszyła moje serce ponownie tego dnia. Chłopak zaśmiał się tak, jakby był to śmiech niezwykle niewymuszony." ~ to mój ulubiony fragment. nie wiem co o tym zadecydowało. może jego prostota.
    rozdział przyjemny, ciepły. bardzo go lubię. nawet pozwoliłam sobie przeczytać go kilkanaście razy. nie, to nie obsesja. wybacz.
    wracaj z pragi, bh czeka.

    OdpowiedzUsuń